Dlaczego Font Romeu? Czyli relacja ze styczniowego obozu cz. I

Zanim przejdę do zrelacjonowania każdego dnia odpowiem na jedno pytanie: skąd się wziął pomysł wyjazdu?

 

Mo Farah

Właściwie zaczęło się to od wyjazdu wiosną 2015 roku na Bieg Zielonych Sznurowadeł w Puławach gdzie razem z Elizą startowaliśmy w półmaratonie. Podczas losowania nagród po biegu powiedziałem Elizie: kurcze, chciałbym wylosować książkę Faraha. Mowa o tytule „Siła ambicji”. Biografia Mo Faraha, w której wspomina o tym jakim to świetnym do biegania miejscem jest Font Romeu. Pojawiła się wizja pojechania tam i trenowania, przecież to niedaleko, prawda? Pragnienie wyjazdu potęgowało to, że jest to ośrodek specjalnie wybudowany do przygotowań na Igrzyska Olimpijskie w Meksyku. Kręcą mnie takie rzeczy i tworzą we mnie emocje, które skłaniają mnie do decyzji o takich wyjazdach. Nie samo miejsce, a historia która je otacza nakręcają mnie najbardziej. Problem był taki, że… wtedy jeszcze nie byłem nigdy za granicą, nigdy nie podróżowałem samolotem, mój angielski był strasznie słaby.

 

Karkonosze i Bułgaria

Jeszcze tego samego roku w kwestii podróży wszystko się zmieniło. W wakacje pojechałem drugi raz w góry, tym razem Karkonowsze (pierwszy to Góry Stołowe) na miesiąc. Potrenowałem na wysokości powyżej 600 metrów, często biegając też na wysokości ok 1000m. n.p.m. Po powrocie z gór pojechałem jako wychowawca kolonijny za granicę i spędziłem 10 dni w Bułgarii przełamując obawy przed barierami językowymi i kulturowymi, zobaczyłem, że wszędzie z każdym mogę się dogadać, a język przede wszystkim trzeba po prostu podszlifować, przyłożyć się i działać.

Portugalia

Kilka miesięcy później, w grudniu 2015 roku poleciałem pierwszy raz samolotem, do Portugalii i wtedy już całkowicie puściły hamulce przed dalekimi podróżami. Wynik jest taki, że w ciągu 19 miesięcy odwiedziłem 7 krajów.

Francja elegancja

W grudniu 2016 natomiast pojawiła się propozycja wyjazdu do… Omanu na prawie 4 tygodnie. Kompletnie inna kultura, inny świat jak to zwykłem mówić o tak odległych miejscach. Szybko zacząłem załatwiać szybsze zaliczenia na uczelni, zastępstwo w pracy i wszystko układało się świetnie. Zostało mi się przygotować do sesji na uczelni. Jednak na początku stycznia dostałem informację, że Oman niestety nie dojdzie do skutku z różnych powodów w które nie zamierzam tutaj się zagłębiać. W tej chwili wyglądało to tak- w pracy wolna druga połowa miesiąca, uczelnia załatwiona i co robić…stwierdziłem, że nie chcę poświęcić tyle czasu wolnego na pobyt w domu i możliwość trenowania z większym niż zazwyczaj obciążeniem, ale w warunkach codziennych, dlatego zacząłem przeszukiwać oferty tanich linii lotniczych i niemal od razu trafiłem na śmiesznie niskie ceny lotów Warszawa-Tuluza, w druga stronę również były bardzo kuszące. Decyzja szybka- kupuję, najwyżej stracę tą kwotę, trudno.

Zacząłem szukać chętnych na wyjazd. Problemem był wylot za niecałe 2 tygodnie, więc niewiele osób mogło tak szybko pozmieniać plany, załatwić wolne w pracy na prawie 2 tygodnie, zebrać środki finansowe na wyjazd, przełożyć sesję. Poza towarzystwem argumentem przemawiającym z jak największą liczbą osób był fakt, że w Font Romeu niemal wszędzie wynajmuje się całe pokoje, a nie płaci się określoną stawkę od osoby. Niestety poszukiwania skończyły się wynikiem zerowym i trochę byłem zawiedziony i zdemotywowany.

Nie ma jednak odpuszczania! Kiedy pojawia się możliwość przygody to korzystam 🙂

22 stycznia

Ruszyłem o 2 w nocy z Białegostoku na lotnisko w Modlinie. Wylot o 6.50. Trochę pospałem podczas lotu, trochę poobserwowałem Alpy, podróż była przyjemna, zdecydowanie lepsza niż poprzednia, podczas której męczyły mnie okropne bóle głowy. Plan był taki by na miejscu jak najszybciej dostać się na dworzec główny w Tuluzie i od razu jechać do Font Romeu, ale… kontrola paszportowa na lotnisku zabrała prawie godzinę która była mi potrzebna żeby zdążyć na pierwszy pociąg w tym kierunku- nie udało się. Drugi dopiero 3,5 godziny później więc wybrałem się do centrum Tuluzy, gdzie pokierował mnie Polak- Tomek mieszkający w Tuluzie. Tuluza okazała się całkiem ładnym miastem ze starą zabudową i rzucającymi się w oczy zabytkowymi obiektami sakralnymi.

Nie jestem jednak zwolennikiem tego rodzaju turystyki i tylko zerknąłem z zewnątrz na ich bądź co bądź piękną budowę. Przez środek miasta przepływa pokaźna rzeka Garonna,  wzdłóż której prowadzi promenada, która jest mega przyjemnym miejscem.

 

Po długim spacerze w nieprzyjemnej pogodzie-padało, wróciłem na dworzec i ruszyłem w dalszą podróż. Jazda pociągiem na odcinku ok 170 km między Tuluzą a Latour de Carol (miejscowość ok 20 km od Font Romeu) trwała niewiele ponad 3 godziny. Po drodze zacząłem już się jarać skalistymi górami, ciekawymi ruinami i klimatycznymi wioseczkami. Ok godziny 18 dojechałem do Latour de Carol skąd miałem autobusem dojechać do Font Romeu. Jak się okazało ostatni już odjechał i czekało mnie szukanie transportu. Nie było z tym wielkiego problemu, bo po 2 minutach złapałem pierwszego stopa i… jak już miałem przykład w tramwaju na samym początku w Tuluzie, po angielsku Francuzi nie mówią :O Także rzucam nazwę miejscowości, kierowca mi odpowiada, że tylko do kolejnej wioski jedzie, wsiadam i jedziemy 😉 W kolejnej wiosce na szczęście też szybko złapałem kolejnego przyjaznego uczestnika ruchu samochodowego- studenta z Font Romeu i jechałem już prosto do celu. Po drodze jednak zdecydowałem się wysiąść w malutkiej miejscowości  Targassonne, kilka kilometrów wcześniej i tam poszukać taniego noclegu. Przygotowania w Polsce doprowadziły mnie do stronki Airbnb na której znalazłem nocleg za 20 euro co okazało się bardzo okazyjną ceną jak na te strony, a po chwili rozmowy z ostatnim kierowcą dowiedziałem się, że w Font Romeu jest to koszt ok 50 euro jeśli podróżuje się samemu. Dlatego szybka decyzja „wysadź mnie tu, proszę” i już szukałem miejscówki w Targassonne. Okazało się to szybkie, łatwe i proste. Miejsce Disi Sioul od razu mi się spodobało. Właściciele w końcu mówili po angielsku, miałem do dyspozycji kuchnię, łazienkę w pokoju, w salonie był rozpalony kominek, jak w bajce jednym słowem 😀

Po krótkiej rozmowie i ogarnięciu się w pokoju szybko wskoczyłem w strój biegowy i wybrałem się na pierwsze rozeznanie okolicy. 7km zleciało momentalnie, ale tak już jest w nowym miejscu, które wzbudza tyle emocji. Nie odczułem ciężaru biegu, miałem zaledwie 3 góreczki nieduże do pokonania na tym odcinku, zero wiatru, spokojnie, powietrze czyste, przyjemne, zmiana wysokości o dziwo nie odczuwalna, zapewne przez pozytywne nastawienie, wręcz euforię towarzyszącą spełnianym marzeniom  7km, powrót do zakwaterowania, powiedzmy schroniska i planowanie dnia kolejnego 😀

 

Ciąg dalszy wkrótce nastąpi 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bieganie, Podróże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *