Dlaczego Font Romeu? Czyli relacja ze styczniowego obozu cz. II

Font Romeu i ciąg dalszy przygody 🙂
23 stycznia

Pobudka! Spałem ponad 9 godzin, co w Białymstoku zdarzało mi się niezwykle rzadko. Właściwie o 8 h było bardzo ciężko przez ostatnie 4 miesiące bo wziąłem na siebie masę obowiązków, które jednak dawały mi wiele radości. Tutaj postanowiłem sobie nie narzucać godzin snu, całkowity urlop od obowiązków, poza treningiem. Głowa czerpał z tego korzyści od początku do końca wyjazdu. Po przebudzeniu banan i wyjście na rozruch. Pogoda średnia, kiepska widoczność, ale zarysy olbrzymich gór widziałem. Zakładałem ok 10 kilometrów biegu dla rozpoznania okolicy. Okazało się, że do znaku „Font Romeu” jestem odległy tylko 3,5 km co mnie bardzo cieszyło, bo już pierwszego dnia poznawałem legendarne miasteczko. Kolejna ciekawa informacja to taka, że na przydrożnych słupkach są podane wysokości na jakich aktualnie się znajdujemy i wyszło na to, że mieszkałem na wysokości 1600m. n.p.m i powiedziałem sobie „wow, robi wrażenie” 😀 W samym Font Romeu jest już wysokość 1750m, a stadion znajduje się 100 metrów wyżej, natomiast normalne drogi prowadzą aż na wysokość ponad 2000 metrów.

 

Rano 10 kilometrów  i ćwiczenia w tym przysiady, wykroki, wspięcia na palce, brzuszki, wznosy nóg, pompki, mostki, stanie na rękach i ogólnie pojęta stabilizacja. Takie ćwiczenia były codziennością po lżejszej jednostce treningowej.

Popołudniu 12 km w tym trochę skipów i wieloskoków, a cały dzień zakończyłem długą sesją rozciągania, ok 50 minut.

Można powiedzieć: drugi dzień, a właściwie pierwszy i już taki kilometraż? Chcesz się zajechać?

Opowiem: nie, to przemyślane lekkie kilometry, rozbite na dwie jednostki, które mają przygotowywać na kolejne duże obciążenia. Czuwałem nad intensywnością by była niska, czuwałem nad zmęczeniem. Biegałem zazwyczaj 2 razy dziennie czym nabijałem kilometraż, a pomiędzy biegami rzadko decydowałem się chociażby na wyjście z domu nawet, leżąc z nogami w górze by odpoczywały, czytałem, czasami nawet przysypiałem.

Z wiadomości tego dnia jest jeszcze taka, że do Lidla miałem tylko niecałe 2 km więc pomiędzy sesjami wyszedłem na spacer w tym kierunku, zrobiłem zakupy i zahaczyłem jeszcze o wzgórze, z którego pomimo dużego zachmurzenia był fajny widok.

Co jadłem?

W zakupach znalazł się makaron, ryż, warzywa, owoce, musli, mleko i orzeszki, ser żółty i tuńczyk, soczewica oraz buraczki. Na tym opierałem swoją dietę. Pierwszego dnia zrobiłem zapiekankę makaron/tuńczyk/papryka/ser i świetnie na mnie działała a dodatkowo smakowała J dlatego zrobiłem wielką porcję i jadłem chyba ze 3 dni J Kolejne dni to różne warianty ryżu i makaronu- na słodko, na słono, różnie. Założenia nie jedzenia słodyczy trzymałem się do ostatniego dnia pobytu w górach- wtedy zjadłem katalońskie ciastko, o ja zły.

Wieczór spędzony przy kominku i chwili rozmowy z właścicielami ośrodka, którzy poinformowali mnie, że dnia kiedy przyjechałem odbywał się w Font Romeu duży festiwal biegowy Romeufontaine, sprawdziłem i były fajne dystanse do wygboru: 5, 12,25 i 40 kilometrów, także naprawdę byłoby gdzie się zmęczyć 😀

 

24 stycznia

Rano znowu 10 kilometrów i ćwiczenia.

Po południu za to stwierdziłem, że zrobię dłuższą wycieczkę biegową i znajdę stadion. Wyszło 19 km, ale przerywane na marsz, chwilowy postój żeby się rozejrzeć. Stadion się znalazł, odśnieżony i gotowy do pracy J Jednak na bliższe spotkanie musiał jeszcze poczekać. Po konsultacjach z kilkoma zdecydowanie bardziej doświadczonymi ode mnie zawodnikami zaplanowałem mocny trening dopiero na mniej więcej 5 dzień pobytu.

Pogoda tego dnia była piękna, bezchmurne niebo zapewniło genialne widoki. Biegłem, podziwiałem, śmiałem się 😀

Wieczorkiem jak zwykle rozciąganie.

 

25 stycznia

Rano tym razem wybrałem mocniejszą jednostkę. 12 km w tym bardzo intensywny podbieg z wysokości 1550 na 1750 co dało w kość. Często tak robię w dniu poprzedzającym szybkie bieganie, bo po prostu kolejnego dnia na płaskim terenie jest petarda, biega się lekko i przyjemnie, a zmęczenie przychodzi dopiero dnia kolejnego.

Po południu kiedy leniuchowałem zaczęło sypać śniegiem tak intensywnie, że w ciągu 2 godzin nasypało 40 cm śniegu! Dawno czegoś takiego nie widziałem, chyba z 15 lat, od czasów podstawówki kiedy to szkolny autobus nie dojeżdżał do mojej wsi z powodu zasypanych dróg i miałem dzięki temu dzień wolnego. Kiedy się trochę uspokoiło i przejechał sprzęt odśnieżający wyszedłem, przebiegłem 6 km i dałem sobie spokój. Dorzuciłem zwyczajową porcję ćwiczeń, rozciąganie i regeneracja.

26 stycznia

Czas na stadion!

Przed południem wybrałem się na stadion. Nie biegłem, po prostu spacerowałem w jego kierunku z uwagi na to, że dzieliło mnie od niego ok 7 km. Zamiast asfaltówek wziąłem swoje Kallenji Kiprun XT6 przewidując, że na stadionie będzie trochę śniegu. Miałem rację. Mimo to zgodnie z planem po 4 km rozgrzewki zabrałem się za pokonywanie kolejnych kilometrówek w tempie ok 4 minut na km z przerwą 2 minuty. Buty ciężkie, ale dawały przyczepność i takie bieganie zdecydowanie przefiltrowało mi płuca.  Tego mi było trzeba na początek intensywnej części pobytu. Na koniec powrót w truchcie do schroniska.

Po południu zamiast biegania wybrałem się na regeneracyjny spacer, nie chcąc przedobrzyć po intensywniejszej jednostce, kończąc ćwiczeniami i rozciąganiem.

 

27 stycznia

Rano 15 kilometrów po sporych górkach, czułem się ociężały.

Po południu za to nogi już poczuły luz i 6,5 km minęło jak z bicza strzelił, z zapowiedzią mocnego dnia kolejnego 😀

Ćwiczenia i rozciąganie- były.

28 stycznia

Pogoda znowu zrobiła się piękna po 2 dniowym zachmurzeniu.

Z energią rano ruszyłem na mocne bieganie. To miał być najważniejszy i najmocniejszy trening. Miało być szybko, ciężko, wymagająco. Ruszyłem w górę na wysokość 2000 metrów. Rozgrzewka w postaci biegowej wycieczki 80% biegu 20% marszu. Po 11 km miałem gotową trasę na szybkie 9 km. Ruszyłem, na początek z górki, później dłuższy odcinek płasko, znowu z górki i długi odcinek na niedużym już nachyleniu w dół. Czy miało to sens? Moim zdaniem tak. Pokonałem 9 km w średnim tempie 3.43 min/km mimo, że nie miałem po drodze żadnego fragmentu pod górę, to jednak jednostka miała na celu szybkie bieganie, przystosowywanie aparatu ruchu do bardzo intensywnej pracy, a ostatnie 2 km były już jazda na oparach o co też mi chodziło, żeby wymusić ponadprzeciętny wysiłek tego dnia. Z górki można było jeszcze szybciej? Ja nie mogłem, płuca pracowały pełną parą, nawierzchnia tez nie była idealna, mięśnie pracowały bardzo mocno. Uważam to za zdecydowanie najlepszy trening jaki zrobiłem podczas całego pobytu.

 

Po południu lekki rozruch by rozruszać skatowany rano organizm i wpadło 6 delikatnych kilometrów, do tego oczywiście rozciąganie, a z ćwiczeń zrezygnowałem tego dnia.

 

29 stycznia

Wolno, ale długo- taki był plan na dzień 29 stycznia. Spokojnym tempem ruszyłem w górę i zbierałem kolejne kilometry przy okazji odwiedzając nowe miejsca.

Kiedy mija się Font Romeu to nadal biegnie się w górę, przez przynajmniej kilometr,, a można i przez kolejne 5 jeśli kierujesz się na Roc de la Calme. Jeśli natomiast tam się nie kierujesz to zbiegasz w kierunku Bolguere. Zbiegasz jedynie jakieś 200-300 metrów a później masz równy teren przez kolejny kilometr, albo dwa. Wybrałem obie opcje. Pierwszo do Bolguere, a później na górę pod stoki narciarskie na Roc de la Calme. Robiły wrażenie!

Finalnie wyszło 24,5 km i byłem wykończony. Czekała mnie porządna regeneracja w zimnej wodzie i rozciąganie 🙂

30 stycznia

Ostatni pełny dzień treningowy. Postanowiłem jeszcze raz pobiegać szybko.
6,5 kilometra rozgrzewki a następnie 5 km właściwie w tempie zawodów w obecnej dyspozycji. Zegarek zatrzymał się na 18 minutach. Kilka oddechów i jeszcze 2 km schłodzenia 🙂

Zmęczony odpoczywałem przez kolejne 3-4 godziny i żeby nie marnować dnia, ale też nie zajeżdżać się do końca bieganiem wybrałem spacer na szczyt za domkiem noclegowym- Dels Moros na 2137 m. n. p. m. Spacerek w obie strony trwał ok 3 godzin, krótko, mocno w górę i piękne widoki. Tego mi trzeba było na ostatni dzień pobytu 🙂

31 stycznia

Pobudka o 8 i sru na trening! Ostatnie 12 kilometrów w Pirenejach, ostatnie 12 km obozu 🙂 Dobiegłem do Font Romeu i okrężną drogą spokojnym tempem wróciłem do ośrodka podziwiając po drodze piękne widoki, które mi towarzyszyły podczas całej podróży.

 

Podsumowanie

Ostatecznie wyszło 188 km w 10 dni- to samo bieganie. Do tego doszło ok 30-40 kilometrów spacerów po górach i codzienne ćwiczenia rozciągania i ogólnorozwojowe. Pobyt uważam za jak najbardziej udany. Zebrałem mnóstwo doświadczenia, zarówno tego biegowego, na temat pobytu na wysokości, jak i po prostu dotyczącego samotnych podróży po obcym kraju 🙂

Spakowany, pożegnałem właścicieli Disi Soul i ruszyłem w drogę powrotną. Autobusy z Targassone jeżdżą dość rzadko do Latour de Carol dlatego wyszedłem po prostu na drogę, wyciągnąłem rękę i uniosłem kciuk do góry. We Francji ten znak jest raczej akceptowany 😀

Witam Polsko 😀

 

 

Na koniec jeszcze raz ogromne podziękowania dla ludzi, którzy pomogli mi w doprowadzeniu do skutku tego obozu. Dla firm de ART s.c. i TOP AUTO Białystok, które poznając moje plany szybko postanowiły, że włączą się w mój maratoński projekt, bez nich ten wyjazd byłby niemożliwy, a na pewno nie na takim poziomie i z takim spokojem.
Podziękowania również dla Decathlon Białystok i Kalenji Poland za wsparcie w każdej mojej inicjatywie, za wiarę w moje możliwości i namawianie do odważnego działania, właśnie dlatego wybieram Kalenji, bo to oznacza wyższy level, na który mogę wskoczyć.

Dziękuję i dalej robię swoje!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bieganie, Podróże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *