Moja biegowa historia

Lubię mówić o tym jak to w grudniu 2013 roku zobaczyłem ogłoszenie na fejsie „Orlen Warsaw Marathon” i następnego dnia wyszedłem na trening. Jednak gdyby bardziej się zagłębić w moją historię… to bieganie było, pojawiło się dużo wcześniej.

Zacznę od tego, że od zawsze uwielbiałem grać w piłkę i mogłem za nią ganiać dniami i nocami. Pamiętam jak w podstawówce jeszcze w Józefowie wyskakiwaliśmy przez okno z klasy na boisko i kopaliśmy na przerwach. Moja szkoła nie była liczna. W głowie mam liczbę uczniów z któregoś roku… 27. Nie jest to liczba uczniów jednej klasy, ale całej szkoły. A wtedy jeszcze jak byłem w zerówce to gimnazjum nie było 😉

Była to przyjemna szkoła. Z wielkim korytarzem, malutkim sklepikiem, w którym polowało się na rogaliki chipicao lub 7days; ogromna huśtawką na zewnątrz i boiskiem pochylonym mocno w jedną stronę. Boisko było dostępne cały rok dla wszystkich. Najwięcej chyba graliśmy po nabożeństwach majowych, kiedy prosto z kościoła ok 19 wybiegaliśmy grupą ok 10 osób na boisko i kopaliśmy. Nieważna płeć, nieważny wiek, wszyscy grali razem. Miałem wtedy poniżej 10 lat jak to wszystko się działo.

W tej szkole uczyłem się tylko do 3 klasy podstawówki, czyli do wieku 8 lat. Aha i poszedłem do szkoły jako 5 latek, bez przymusu rządowego, po prostu tak to się u nas robi. Mam 7 rodzeństwa, starsza jest ode mnie tylko siostra Marcela- o dwa lata. Pozostali to po kolei od najstarszego: Damian, Patryk, Karol, Paweł, Natalia i Oliwka. Dużo nas 🙂 Tak wypadło, że dokładnie co drugi z nas poszedł do szkoły jako 5 latek 🙂 Rok w zerówce i jazda do pierwszej klasy, nikt nas nie mógł zatrzymać, chyba nie byliśmy głupi 😀 Tak to się więc potoczyło, że zawsze uczyłem się z ludźmi rok starszymi, aż do czasu studiów.

W 3 klasie podstawówki wszyscy uczniowie szkoły w Józefowie zostali już przeniesieni do Szkoły Podstawowej w Raczkach. Już w trzeciej klasie nauczycielka- Pani Halina Radaszkiewicz pod koniec roku wytypowała mnie do udziału w zawodach, które odbywały się w pięknie nazwanej miejscowości Stare Juchy. Jakby to było wczoraj słyszę w głowie teraz jej słowa: Tyle biegasz po korytarzu, tak szybko to uznałam, że powinieneś jechać na zawody.

Były to przełaje. Umarłem. Wystartowałem jak wariat i szybko spuchłem. 27 miejsce. Nie muszę nawet zaglądać do żadnych statystyk 🙂 Jakoś niedługo później pobiegłem jeszcze w Gąskach. Oba starty przełajowe. Była tam też Marcela, ona startowała już wcześniej na zawodach w Dowspudzie i szło jej zdecydowanie lepiej niż mi. Była w czołówce. To ona w dużej mierze mnie na te zawody wyciągała 🙂

W kolejnym roku wystartowałem tez chyba w 2-3 zawodach, bez większych osiągnięć, gdzieś z tyłu. Nikt nie zainteresował się tym żeby mnie potrenować, coś podpowiedzieć, czegoś takiego nie było. Więc tak jak wcześniej- na wariata do przodu i później aby przetrwać do mety.

W piątej klasie coś ruszyło: w Dowspudzie byłem dwukrotnie na podium bo zacząłem biegać ze swoim rocznikiem, a nie tak jak wcześniej z rok starszymi, z którymi się uczyłem. I tak to było niby trochę lepiej gdzieś tam w tej pierwszej 10 się tułałem prze kolejne lata. Nie startowałem niestety na bieżni, tylko przełaje.

W gimnazjum byłem już ważnym elementem biegowej kadry szkoły, jednak indywidualnie żadnych większych sukcesów nie osiągałem. W którejś z klas gimnazjalnych zakwalifikowałem się na Mistrzostwa Województwa w Turośni Kościelnej i jakieś odległe, chyba 48 miejsce.

W międzyczasie nadal kopałem piłkę. W I gimnazjum zacząłem grać w Polonii Raczki. Od początku roku szkolnego dojeżdżałem rowerem 12 kilometrów (w jedną stronę) dwa razy w tygodniu do Raczek- miałem 12 lat. Strzeliłem kilka bramek jesienią i … zimą na nartach wykręciłem nogę w kolanie.

Co roku zimą budowaliśmy niedużą skocznię narciarską i stawaliśmy się z kolegami Adamem Małyszem, Svenem Hanavaldem czy Janne Ahonenem. Miałem długie, toporne narty ze sztywnymi wielkimi butami i któregoś razu skacząc na takiej skoczni i osiągając kosmiczną odległość 2 metrów trafiłem na nierówność podłoża i narta mi okropnie odjechała, i się nie wypięła. Diagnoza lekarza była szybka- skręcona noga w kolanie i ponadrywane wiązadła. Na szczęście nie zerwane. 3 tygodnie szyny od tyłka do achillesa. Tak przesiedziałem 2 tygodnie ferii i jeszcze 2 kolejne tygodnie nauki, bo przedłużono usztywnienie nogi. Ten czas spędziłem na gapieniu się w TV i graniu na konsoli w Need for Speed i FIFA. Czas niezbyt produktywnie wykorzystany- sory, miałem 12 lat 🙂 Wróciłem do grania w piłkę po 2 miesiącach. Uraz nigdy więcej specjalnie nie sprawiał mi problemu.

Pamiętam jeden świetny start w gimnazjum, w sztafecie przełajowej w Wiżajnach. Sztafeta była mieszana- 5 dziewczyn i 5 chłopaków. Dostałem 7 zmianę.  Dystans 800m. Pałeczkę dostałem w momencie kiedy nasz drużyna była na 7 pozycji. Strata do 2 kolejnych miejsc ok 100 metrów. Dogoniłem ich po ok 250 metrach, wyprzedziłem, zostawiłem z tyłu i na 5 pozycji pałeczkę oddałem. „Trzeba było tak w podstawówce biegać” powiedział mi mój nauczyciel ze Szkoły Podstawowej.

Po kontuzji nie wróciłem do gry w Polonii Raczki. Grałem już tylko na podwórku i w szkolnych drużynach piłki nożnej i siatkówki. Zdecydowanie lepiej wychodziła mi piłka. Już wtedy chodziło mi głownie o to bym był widoczny i znany jako osoba bardzo aktywna i dobry sportowiec. Taka mania.

Pomiędzy zawodami (kilka razy) w roku nadal nic się nie działo. Żadnego treningu. Grałem w piłkę z kolegami na podwórku, to tyle. Lub aż tyle- bo to były długie godziny.

Przyszedł czas na szkołę średnią. Wybrałem technikum. Więc wyrównałem w trakcie tych 4 lat różnice w wieku pójścia na studia ze swoimi rówieśnikami. W wakacje przed pierwszą klasą wróciłem do grania w piłkę w Polonii. Szybko wywalczyłem sobie miejsce w podstawowym składzie i byłem dość skutecznym skrzydłowym w zespole Juniorów. Co tydzień czekałem na kolejny mecz z niecierpliwością. Na treningach dawałem z siebie wszystko i praktycznie żadnego nie odpuszczałem. Treningi mieliśmy 2 lub 3 razy w tygodniu, bywało różnie.

Kiedy tylko skończyłem 16 lat zacząłem grać w zespole seniorów. Tutaj już mi tak dobrze nie szło. Brakowało mi pewności siebie i skuteczności. Miałem kilka dobrych meczy, ale generalnie nie bardzo się wyróżniałem. Brakowało tego luzu, fantazji w grze.

Wracając do biegania… w szkole średniej dosłownie 2-3 razy do roku był jakiś wyjazd na zawody. Jeździłem na nie chyba od początku, ale bez jakiś specjalnych wyników. Tylko na zawodach wokół stadionu Wigier w Suwałkach robiłem wyniki. Zacząłem już biegać z głową. Startowałem wolno i szedłem do przodu by kończyć w ścisłej czołówce. Zdarzały się nawet zwycięstwa. Pewnego razu przed samym startem musiałem lecieć do łazienki. Wychodzę a tam już dosłownie za kilka sekund mają starować. Po kilku krzykach przystopowałem sędziego i mogłem się ustawić. Wybrałem miejsce gdzieś z tyłu. Start i po ok 1/3 dystansu ruszyłem do przodu. Dość pewnie ten bieg wygrałem i przy wręczaniu medali jeden z przedstawicieli Hańczy Suwałki zapytał mnie co ja w życiu robię. Odpowiedziałem, że gram w piłkę i biegać nie chcę 😉 Marzyło się o karierze piłkarza.

I tak ta szkoła średnia nadal mijała. Kopanie piłki i rywalizacja głównie na boisku. W wieku 18 lat znowu przydarzyła mi się kontuzja. Naderwanie ścięgna dużego palca u nogi, zwanego prostownikiem. Niestety suwalscy ortopedzi kompletnie nie mieli pojęcia co w tej nodze się wydarzyło i wsadzili całą stopę w szynę na 10 dni uważając, że to skręcenie palca. Męczyłem się z tym 9 miesięcy, tak plus minus 😉 Wizyty u wielu lekarzy i w końcu jeden z nich porównał oba palce, nacisnął i okazało się, że ten w prawej stopie nie umie utrzymać nacisku. Prostownik w uszkodzonej stopie był około połowę cieńszy niż w lewej. No i nic już z tym się nie dało zrobić poza wzmacnianiem przez ćwiczenia. Po kilku kolejnych miesiącach wróciłem do piłki i w pierwszym meczu skręciłem kostkę po kilku minutach gry. Tak mi minęła szkoła średnia.

Na studia wybrałem Białystok i kierunek Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze na Uniwersytecie w Białymstoku. Kierunek kompletnie mnie nie interesował poza niektórymi zagadnieniami, które sam z siebie doczytywałem. Niestety wybór był nieprzemyślany i bardziej po to by „jakieś studia mieć”.

Nadal dojeżdżałem prawie co weekend na mecze Polonii. W Białymstoku nie czułem się specjalnie dobrze. Jednak sporo imprezowałem. Przez wiele pierwszych miesięcy praktycznie raz czy dwa w każdym tygodniu. Trochę się piło i się jadło. Przytyłem. Nie za dużo, ale robił się ze mnie misiek. Przy moich 173 centymetrach wzrostu to 76 kg wagi nie wyglądało dobrze. Mimo kiepskiego kierunku studiów to trafiłem świetną grupę ludzi, którzy też tak jak ja wybrali handel. Pierwszy rok był bardzo imprezowy. Coraz rzadziej jeździłem na mecze Polonii. Postawiłem na trochę aktywności w akademikowym pokoju. Drążek rozporowy był strzałem w dziesiątkę. Do tego 6 Weidera, pompki i była moc 😀

Tak minął pierwszy rok- na imprezach, marnowaniu czasu przy serialach (obejrzałem 9 sezonów chirurgów i 10 sezonów przyjaciół w kilka miesięcy) i uczęszczaniu na zajęcia które mnie nie interesowały. Nie żebym żałował, bo było fajnie 🙂 Poza tym jak to mówię- nie żałuję tego co było, bo nie byłbym w miejscu w którym jestem.

Pod koniec pierwszego roku studiów wyszedłem na zakupy do marketu, zobaczyłem rower za 340 zł i bez większego namysłu go kupiłem. Pierwszy rower od czasu komunii. Pierwsza taka rzecz kupiona za swoje 😀 Zacząłem kręcić kilometry. W wakacje pracowałem w Augustowie i tam mieszkałem. Dojeżdżałem codziennie łącznie 10 km do pracy. Niedużo. Po pracy za to pedałowałem często do Raczek. Wspominam o tym, bo nakręciłem w ciągu 2 miesięcy ok 2000 tyś kilometrów co na pewno miało to wpływ na formę biegową kilka miesięcy później. Nieświadomie zrobiłem dobrą bazę w wakacje, którą później… trochę zmarnowałem jesienią.

Ale po kolei- tutaj zaczyna się myślenie o bieganiu.

Podczas pracy w Augustowie już rok wcześniej wpadłem na baner informujący o czymś takim jak Półmaraton Augustowski. Chciałem wystartować już w 2012 roku, ale przeraził mnie limit 3h i opłata za coś co nie wiem czy dam radę ukończyć… byłem oszczędny 😀 Kolejny, już wspomniany rok z rowerem też kusił mnie Półmaraton w Augustowie i znowu nie wystartowałem. Po prostu nie przygotowywałem się do niego, nie biegałem wcale, poza okazjonalnym kopaniem piłki oczywiście. Dlatego po raz kolejny nie wystartowałem, ale już ten dystans powoli do mnie przemawiał. Był olbrzymi, nie znałem nikogo kto by biegał w zawodach ulicznych. Właściwe to nikogo kto by regularnie biegał gdziekolwiek.

Drugi rok studiów był znowu okropnie nudny, a ja marnowałem czas. Myślę, że w dużej części to było powodem tego, że potrzebowałem czegoś co zajmie mój czas. Da mi cel i długa drogę. Przyszedł grudzień i podczas długiego zimowego wieczoru przeglądając fejsa trafiłem na sponsorowaną reklamę Orlen Warsaw Marathon i to było to. Uderzyło we mnie od razu, że to jest coś czego nie robi się na co dzień. Coś nie da zwykłego człowieka. Coś wyjątkowego, dla ludzi bardzo wytrzymałych. Wyróżnik. Takie rzeczy lubię. Zapisałem się i opłaciłem po kilku minutach namysłu. Przyszedł czas na bieganie. Jednorazowo by dzieci powiedziały kiedyś „tata przebiegł maraton, bohater”.

Następnego dnia wyszedłem na trening, była to chyba wigilia lub dzień przed. Motywacja ogromna 🙂 Nie miałem pojęcia jak biegać, dlatego zacząłem szukać podpowiedzi, pomocy co i jak robić. Nakręcało mnie samo poszerzanie horyzontów. Dość szybko trafiłem na grupę „fejsbókową”- Białostocka Sekta Biegaczy i zapytałem o kogoś kto pomógłby mi ogarnąć temat. Trafiłem na Elizę Ostaszewską. W styczniu spotkaliśmy się na treningu- ona jeszcze szczupła a ja gruby, teraz jest odwrotnie, co nie Eliza? 😛 Opowiedziałem jej o swoich planach. Popatrzyła jak na idiotę i życzyła powodzenia, tak to w skrócie można opowiedzieć. W międzyczasie jednak jeszcze powiedziała o treningach siły biegowej i różnicowaniu treningów, raz mocniej, raz lżej, tak to rozumiałem i tymi zasadami kierowałem się przez kolejne 3 miesiące biegania. Z Elizą w tym czasie się nie widziałem i już właściwie z nikim na temat treningów za bardzo nie dyskutowałem. Po prostu wychodziłem 3-4 razy w tygodniu pobiegać. Raz nawet przebiegłem 27 kilometrów i to już w styczniu na treningu. Było spoko.

Trening nie był w jakiś szczególny sposób zaplanowany, ogarnięty i monitorowany. Jedynym miernikiem był czas. Włączałem stoper i biegłem. Nie wiedziałem ile kilometrów, w jakim tempie. Wychodziłem na 40-50 minut, czasem ponad godzinę. W lutym miałem już dość i zrobiłem sobie przerwę jak przyszły większe mrozy. 2 tygodnie przerwy i brak chęci na powrót do treningów. Jednak czasu było coraz mniej więc się zmusiłem.

W końcu nadszedł dzień 13 kwietnia, dzień startu. Żadnych sprawdzianów wcześniej. Żadnej testowej dyszki, piątki czy półmaratonu. To miał być tylko maraton i koniec tej zabawy 🙂

W Warszawie pojawiłem się dwa dni wcześniej. Przy odbieraniu pakietu dowiedziałem się o czymś takim jak żele energetyczne 😛 Serio, wcześniej nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje i nie miałem zamiaru używać. Skończyło się na tym, że jeden na trasie zjadłem. Bieg ukończyłem w 3:33:22. Na mecie byłem zachwycony zawodami, chociaż co prawda miałem delikatny kryzys około 30 kilometra. Jednak atmosfera biegu przekonała mnie do tego by to wariactwo kontynuować.

Miesiąc później wystartowałem w drugiej edycji Białystok Półmaraton i zrobiłem już wynik 1.26.04. Po tym biegu treningi były już bardziej świadome. Zacząłem ogarniać jak biegać by mieć progres, co na mnie działa. Biegałem więcej z Elizką i już od tego czasu trzymamy się do teraz i mamy za sobą wiele biegowych wyjazdów. Zaraz po półmaratonie poznałem też Julka z którym zaczęliśmy trenować pod Maraton Wigry odbywający się w sierpniu. Biegaliśmy jakimś planem z niemieckiej strony i po kilku tygodniach treningu na nieatestowanej co prawda trasie, ale pobiegłem niecałe 35 minut w biegu na 10 kilometrów. Później przyszedł czas na Wigry i tam na dystansie ponad 41 kilometrów w nie tak łatwym terenie ukończyłem w 2.59.59. Niedowierzałem na mecie….biegłem bez zegarka, nie miałem pojęcia jaki czas mam w danej chwili.

Kolejne miesiące to życiówki na każdym dystansie na jakim startowałem. W końcu na każdym debiutowałem 🙂 We wrześniu przebiegłem atestowane 10 kilometrów w 35.23 i po tym biegu rozpocząłem współpracę z trenerem Pawłem Kalinowskim. Kilka tygodni po tym biegu dorzuciłem jeszcze drugi maraton uliczny i złamałem granicę 3 godzin- 2.56.11.

Później po solidnie przepracowanej zimie przebiegłem 3. Białystok Półmaraton z czasem 1.15:33. Taki wynik po 17 miesiącach biegania. Napędzałem się każdym dobrym wynikiem. Wygląda to tak do teraz.

Wiele się nauczyłem i od czerwca 2016 roku trenuję według własnych planów. Ciągle szukam najskuteczniejszych rozwiązań i dostosowuję trening od swój organizm, ciągle się uczę. Nie wpadam w sztywne schematy. Dzięki temu w 2017 roku nadal mam progres na każdym dystansie i to znaczący.

Na dzień 20 maja 2017 roku jest to już 3,5 roku biegania. Przebiegłem w tym czasie ponad 10 tys kilometrów, ukończyłem grubo ponad 50 biegów.  Wykręciłem następujące życiówki:
-1500m: 4.17
-3000m: 9.09
-5 kilometrów: 16:52
-10 kilometrów: 33.19
-Półmaraton: 1:14:27
-Maraton: 2:56:11

Dodatkowo też wygrałem Ultra Śledzia na dystansie 50 kilometrów. Dużo podróżowałem. Poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi. Rozwinąłem się jako człowiek i biegacz dzięki zdecydowaniu się na ten jeden bieg… Od sezonu debiutanckiego nie startowałem w maratonie, jednak ten dystans mnie nakręcał najbardziej. Dlatego powstał projekt „Maraton w 2:30”. Ta historia cały czas się pisze i mam nadzieję, że pojawi się jeszcze wiele jej rozdziałów.

PS: Wielu dodatkowych mniejszych historii związanych z bieganiem tutaj nie zawarłem. Poświęcę na nie może kiedyś oddzielne artykułu lub opowiem osobiście jak ktoś zapyta 🙂

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moja biegowa historia, O mnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *