Ultra Śledź 2017- udany debiut w ultra

Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego zakończenia rywalizacji w II edycji Ultra Śledzia! Zwycięstwo po niesamowitej walce i przygodach na trasie, wyrwane na ostatnich dwóch kilometrach. Warto walczyć do końca!

Ekipa Decathlon!

Zacznijmy od początku 🙂
Do Supraśla dojechałem wraz z resztą reprezentantów Decathlon po godzinie 19 w piątek. Wybraliśmy nocleg na hali razem z wieloma innymi zawodnikami. Dużo nas nie było więc można było liczyć na spokojną noc.

Krótka wizyta w biurze zawodów, odbiór pakietów, odprawa i plan szybkiego zaśnięcia. Nie takie to proste. Pogaduchy, ogarnianie kompletu sprzętu na start i tak się przedłużało. Finalnie zasnąłem jakoś po 23 i … cisze nocną rozdarł szkolny dzwonek, który zmarłego postawiłby na nogi- epicko. Zastanawiam się czy to nie była jakaś ukryta kamera… 🙂

Wyposażenie

Pobudka o 4, szybkie i lekkie śniadanko (owsianka na wodzie z rodzynkami, bananem i orzechami, dosłownie kilka łyżeczek, i do tego kilka ciasteczek owsianych), ponowne sprawdzenie sprzętu, upewnienie się, że mam wszystko i nie dostanę karnych minut na mecie. ok 5.35 w truchcie ruszyłem na miejsce startu. Czy się rozgrzewałem? Potruchtałem kilka minut, może ok 8-10 i trochę dynamicznych ruchów rozciągających łydki, uda i brzuch- może to złoty przepis na sukces? Okaże się w kolejnych latach 🙂

Start- 5.55
Start był planowany na 5.55, jednak delikatnie się przesunął. 2-3 minuty? Tego nie wiem dokładnie, bo co znaczą minuty w perspektywie ponad 4 godzin biegu 🙂

Ruszyli
Na czoło stawki wysunął się od razu Łukasz Zdanowski, którego uważałem obok Andrzeja Godlewskiego- dobrego kolegi z podlaskich biegów, za głównego rywala w walce o zwycięstwo na dystansie 50 km.  Narzucił szybkie tempo i rozsądek podpowiedział mi od razu, że nie ma sensu za nim gonić. Ta decyzja potwierdziła swoją słuszność na 4-5 kilometrze kiedy był pierwszy zakręt w lesie i prowadzący zawodnik  minął wyraźną strzałkę i szarfę pokazujące drogę w lewo i pobiegł prosto. Kilka okrzyków i chyba nas usłyszał, zawrócił i po kolejnych kilometrach nas znowu dogonił.

Biegniemy po rzece
No nie spodziewałem się, że coś aż tak mnie zaskoczy jak 40 metrów rzeki którą mieliśmy do pokonania ok 10 kilometra. Wody prawie po kolana, zimno ok 30-40 metrów takiej przeprawy. Pomyślałem że to zapowiedź okropnych warunków na trasie, ciężkich, mokrych butów i poobdzieranych stóp. Jednak po dosłownie 3-4 minutach poczułem energię w schłodzonych nogach i bez problemu mogłem trzymać tempo wcześniejsze czyli ok 4.30-4.40, a nawet przyspieszyć kiedy wcześniej wspomniany zawodnik ponownie dogonił mnie i dwóch zawodników z którymi biegłem. Z uśmiechem też zauważyłem, że moje świetne butki nie zatrzymały wody. Ta dosłownie się wlała i wylała.

Pierwsze problemy
Razem z Andrzejem Leończukiem- kolejnym kolegą z Podlasia, biegliśmy właściwie od początku do pierwszego punktu odżywczego w Ogrodniczkach. Andrzej jednak startował na dystansie 80 km. Towarzyszył nam większość czasu jeszcze jeden zawodnik z tego dystansu, który zwracał naszą uwagę na oznaczenia i trochę z Andrzejem śmialiśmy się, że zgubimy się jak tylko odłączymy się od grupy. Przed Jeziorem Komosa ok chyba 14-15 km trafiliśmy (grupa 4 prowadzących osób) na skrzyżowanie w lesie gdzie zabrakło oznaczenia rozbiegając się we wszystkich kierunkach wołaliśmy do siebie czy znaleźliśmy dalsze oznaczenia. Straciliśmy tam kilka minut, ale na szczęście trasa się znalazła. Nikt z czołówki nie biegł z trackiem w zegarku, ani nie zbierał się szybko do wyciągnięcia mapy by sobie pomóc. Dogoniła nas w międzyczasie grupa pościgowa i na Ogrodniczki wpadliśmy właściwie grupą ok 10 osób.

Ogrodniczki
Tutaj wysunąłem się delikatnie do przodu nie żałując sobie prędkości na zbiegach, a na podbiegach nie marnowałem sił na wolny bieg, a po prostu podchodziłem. Nie zatrzymałem się też na punkcie żywieniowym. Był to 19 km, a czułem się najedzony, pełny energii i z wypełnionym optymalnie brzuchem. Po tej najbardziej znanej części podbiegów w Ogrodniczkach wbiegłem na wspaniałą cześć trasy, która mnie po prostu zachwyciła! Wąski szlak, dosłownie 60-70 cm, a po lewej i prawej strome zbocza.  I tak rozpoczęło się ściganie z wcześniej wspomnianym Łukaszem Zdanowskim aż do Królowego Mostu (38 km). On prowadzący a ja obok lub delikatnie za jego plecami.

Potęga żywiołu i kolejna woda
Za Ogrodniczkami wiele kilometrów raczej spokojnej i naprawdę dobrej drogi z odcinkami mocniej oblodzonymi, które poboczem można było spokojnie w dobrym tempie omijać i unikać poślizgu. Trafił się odcinek prowadzący między drzewami beż żadnej ścieżki, tak po prostu prowadzący nas w las, a także przebiegnięcie przez gigantyczną polanę wyniszczonego przez wiosenne wichury lasu. Potęga wiatru, który pojawił się gdy dokonywał tego zniszczenia była gigantyczna!
Pojawiła się też kolejna porcja wody. Udało mi się to przebrnąć suchą stopą, stawiając stopy w stabilnych miejscach i przeskakując szybko przez gruby konar na drugą stronę. Lecimy dalej!

Zagubieni
Prawie jak bohaterowie serialu o takim samym tytule zgubiliśmy trasę. Ok 34 kilometra, zdecydowanie prowadząc, z przewagą przynajmniej 500-700 metrów trafiliśmy na skrzyżowanie dróg, ale widzieliśmy przed sobą już za skrzyżowaniem, prosto, kolejną szarfę więc przecinamy skrzyżowanie i… i rozglądając się kiedy je przebiegaliśmy po prawej też zauważyłem szarfę, krzyknąłem do Łukasza, powiedziałem i kurna gdzie mamy biec? I tutaj wyszła nasza głupota. Przecież mamy mapy, możemy sprawdzić i wybrać dobry kierunek. Wtedy o tym nie myślałem, chciałem tylko szybko biec dalej i powiększać przewagę. Super myślenie debiutanta- brawo Arek, brawo Ty.
Pobiegliśmy prosto i dobiegliśmy, aż do punktu rozdzielenia obu tras. Mieliśmy szczęście, że już były tam już osoby, które miały wskazywać kierunek na rozwidleniu. Jak się po biegu okazało pojawili się tam dosłownie kilka minut wcześniej, gdyby nie to pobieglibyśmy na trasę 80 km i zorientowalibyśmy się na 56 kilometrze na punkcie odżywczym w Lipowym Moście i byłoby po zawodach. Po chwili konsultacji z sędziami zawróciliśmy. Nie ma co się oszukiwać, byliśmy po prostu wku….ni. Mieliśmy do odrobienia ok 4 kilometrów. Wracając do rozwidlenia gdzie źle wybraliśmy zawróciliśmy jeszcze 2 lub 3 zawodników i ruszyliśmy w mocny pościg. Narzucenie tempa po około 4.0 szybko wyciągało ze mnie siły i chęci do walki gdy pytając kolejnych mijanych zawodników o miejsce okazywało się raz, że ok 10, a raz, że zajmowali oni miejsca 5 i 6.

Pościg
Od rozwidlenia trochę mi odbiło. Utrzymywałem mocne tempo by wyprzedzać szybko kolejnych zawodników. Zapomniałem o tym, że gdy ich dogonię to jeszcze muszę się przed nimi utrzymać kolejne kilometry. Na odcinku ok 5-6 kilometrów przesunąłem się już ok 5-6 pozycji do przodu. Dopóki ktoś z przodu był nie zwracałem uwagi na tą ilość. Do punktu w Królowym Moście dotarłem jeszcze w dobrej formie, z zapasem jedzenia i picia w plecaku i co najważniejsze z ok 50 może nawet 100 metrową przewagą nad Łukaszem Zdanowskim. Nie zatrzymałem się. Nie byłem też miły. Usłyszałem kolejną niefajną informację, że ok 10 zawodników jest przede mną. Pewnie podobną usłyszał mój rywal i podejrzewam, że miał już dość takiego rozwoju sytuacji, kilkaset metrów za punktem widziałem jak przechodził w marsz.

Moje siły już też zaczęły się mocno kurczyć. Wbieg na Wzgórza Świętojańskie to raczej było wejście. Tam po chwili zobaczyłem kolejnego zawodnika, dogoniłem i zapytałem o miejsce. Nie miał jednak pojęcia, który jest. Także czekał mnie dalszy pościg po informacje. Widoki w tym miejscu za to super. Jadąc na Podlasie wiele osób może myśleć, że czeka ich płaski teren i nuda, jednak mamy właśnie takie miejsca jak Ogrodniczki, Wzgórza Świętojańskie i cała Puszcza Knyszyńska z wymagającym trochę nakładu sił terenem, a także na północy województwa Wigierski Park Narodowy i Suwalski Park Krajobrazowy gdzie też można się porządnie zmęczyć i wiele świetnych miejsc odkryć. Na Wzgórzach akurat bylem pierwszy raz i dla mnie to bomba 🙂
Kolejne kilometry i w końcu dobiegłem do punktu rozdzielenia tras- po raz drugi 🙂 usłyszałem o Magdy, która była z Bartkiem na tym punkcie, krótką i zwięzłą informacje
-Jesteś drugi, tracisz do Andrzeja 3 minuty, goń!

To wystarczyło. Odgoniłem na kolejne kilometry myśl o zmęczeniu i podkręciłem trochę tempo. Dobiegłem do momentu gdzie zacząłem mijać biegnących z naprzeciwka jeszcze zawodników będących przed 34 kilometrem trasy. Widok innych biegaczy zawsze daje trochę odpoczynku głowie, która nie widząc nikogo nie chce biec. Prawie każdego pytałem o stratę. Informacje były różne: 2 minuty, 200 metrów, 100 metrów, 400 metrów. Spora rozbieżność, a do końca już blisko… O ile na początku chciałem, żeby kończyła się jak najszybciej to teraz chciałem ten koniec odwlekać ile się da, byle bym tylko zdążył wyprzedzić Andrzeja 🙂
Udało mi się to ok 2 kilometrów przed metą. Przyjacielskie uśmiechy, wymiana zdań i ruszyłem dalej do przodu. Wiedziałem, że już nic mnie nie zatrzyma. To co jeszcze zrobiłem na ostatnich dwóch kilometrach przeszło moje oczekiwania. Podkręciłem tempo do ok 3.30 żeby mieć pewność, że mi już to się nie wymknie, ale też żeby postawić kropkę nad „i” i potwierdzić, że innego zwycięzcy być nie może.

Wpadając na metą łzy cisnęły mi się do oczu, dziwię się, że nie ryczałem tam jak dziecko 🙂
Ze szczęściem wypisanym na twarzy wpadłem w ramiona organizatorów. Nie mogło być lepszego zakończenia 🙂

Podejrzewam, że gdybym się nie zgubił razem z rywalem to bym tego biegu nie wygrał- taki paradoks. Scenariusz jakiego bym nie przewidział w żaden sposób. Wszystko ułożyło się dla mnie w perfekcyjną układankę. Zagrało wszystko idealnie: sprzęt- dobrze wybrane ciuchy, plecak którego praktycznie nie czułem, genialne, lekkie buty, które nie zatrzymały wody, świetnie radziły sobie na śliskiej trasie i w połączeniu z super skarpetami sprawiły że moje stopy wyglądają jakby nigdzie nie biegły, okaz świeżości 🙂 do tego żołądek nie sprawiał mi problemów trawiennych, parę razy zbliżała się kolka, ale nigdy nie zmusiła mnie do zatrzymania, pomyłka trasy, która jest głównym składnikiem sukcesu i głowa, która nie chciała przegrać- składników sukcesu jest wiele 🙂

Po biegu szybki prysznic w miejscu noclegowym zapewnionym przez organizatorów- czyli tradycyjnie okoliczna szkoła. Pogaduchy tam i przez kilka godzin na mecie gdzie odebrałem wiele gratulacji i czułem się świetnie. Razem z drugim na mecie Andrzejem staraliśmy się dużo chodzić, dzięki czemu dzisiaj (niedziela, dzień po biegu) jestem w dobrym stanie i z nie tak dużymi jak myślałem zakwasami.
Dotarli i moi Decathlończycy! Każdy ukończył bieg z zadowoleniem, no może poza Michałem, który jako jedyny zmagał się z dystansem 80 km i zmasakrował swoje stopy 🙁

Wieczorem uczestników czekała impreza w Domu Ludowym- koncert i dobre jedzenie 🙂
Niestety trochę zmęczony uciekłem ok 22 🙂
Zapamiętam na całe życie 2 zdania które wczoraj usłyszałem od organizatorów:
I- to usłyszałem na mecie: Nawet nie wiesz jak się cieszymy, że to właśnie Ty
II- przed wejściem na podium: Tego zawodnika z przyjemnością uściskam. I miejsce Arek Ostaszewski!

Kilka nagród

Linię mety jako zwycięzca mijałem do tej pory dosłownie kilka razy, tym bardziej cieszy mnie fakt, że mogłem wczoraj tą taśmę zerwać. Takich chwil się nie zapomina, są wyjątkowe.

Jak wygrywać to u siebie i wśród swoich. Jak debiutować to zwyciężając. Jak walczyć to do końca 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bieganie, Starty- relacje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Ultra Śledź 2017- udany debiut w ultra

  1. ja1 pisze:

    Dzik! Gartuluję…

  2. Ania pisze:

    Super relacja:) Gratuluje:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *