Wings for Life Bratysława 2017- relacja i wnioski

Ten bieg oczarował mnie 2 latał temu kiedy widziałem jak Bartosz Olszewski wymiatał w Poznaniu. Rok temu był jeszcze lepszy, a jego ponad 82 kilometry zrobiły na mnie na tyle ogromne wrażenie, że gdy tylko zaleczyłem jesienną kontuzję to wybierałem w jakiej lokalizacji pobiec.

Padło na Bratysławę. Dlaczego? Po prostu po analizie wyników z poprzednich lat wnioskowałem, że przy dobrym przygotowaniu i „dniu konia” mogę walczyć tutaj o czołowe lokaty. Właściwie myślałem od początku o zwycięstwie.

Kiedy przedstawiłem swój pomysł w pracy- Decathlon Białystok, to praktycznie od razu otrzymałem wsparcie zarówno materialne jak i po prostu dni wolne od pracy bym miał czas na wyjazd za granicę. Dzięki temu nie musiałem martwić się o stronę finansową wyjazdu, ani o to czy nie stracę pracy przez zbyt częste wyjazdy 😀 Dzięki Decathlon! Odpowiedzcie mi przy okazji czy z Waszymi szefami też macie tak dobrze? 😀

Jak się okazało przewidywania co do wyniku zwycięzcy miałem prawidłowe-62 kilometry dały wygraną. Jednak nie mi.

Przed biegiem

Biuro zawodów było blisko dworca autobusowego w galerii handlowej, więc przyjezdni mogli od razu się udać po odbiór pakietu, o ile było akurat w tym czasie otwarte. W środku czekała mapa z lokalizacjami i krótką informacją o wyjątkowości każdego miejsca gdzie jest rozgrywany bieg. Np. w Polsce jako atrakcję wymieniono prowadzenie samochodu pościgowego przez Adama Małysza 😀

 

Biuro zawodów działało bardzo sprawnie. Możliwe, że nie trafiliśmy na tłumu po prostu, ale jednak 3,5 tys biegaczy było zapisanych więc wydaje mi się, że wszyscy przy przyszli na jedną godzinę, akurat inną niż ja 🙂 Kilka minut i miałem już pakiet, a także kilka fotek 🙂

Tablica podpisów- tam zostawiliśmy swój ślad 😀 Ekipa Decathlon Białystok jak widać miała bardzo ambitne plany 🙂

Przechodząc do samego biegu…

36 kilometrów w bardzo dobrym, planowanym tempie i 6 kilometrów dramatu. Tak bym mógł o tym powiedzieć, ale będzie to jednak przesada. Dlatego powoli, po kolei.

Na rozgrzewce czułem się lekko, wypoczęty, wyspany. Z bardzo dobrym nastawieniem. Na starcie pierwszy raz tak świetnie się ustawiłem. Taśmę startową miałem przyciśniętą do mojego brzucha.

Kilku zawodników od razu ruszyło mocno. Pierwszy kilometr poniżej 3.45 na pewno. Sam biegłem zgodnie z planem, zacząłem od 3.55 i później pilnowałem by być cały czas w widełkach 3.55-4.05, co właściwie mi się udawało do 35 kilometra.

Wings ruszał z drogi pod galerią handlową Euroeva i po kilku kilometrach w centrum miasta wybiegał na obrzeża a następnie na drogę wzdłuż Dunaju, który swój ogrom pokazywał za 20 kilometrem trasy. O ile w mieście nie jest to rzeka nadzwyczajnie szeroka to im bardzie na południe od Bratysławy się kierowali zawodnicy tym większa i potężniejsza się wydawała, a przy okazji piękna przy kolejnych miejscach „przeprawy” przez, którąś z odnóg głównego koryta. W mieście i bliskich okolicach było sporo kibiców na trasie jednak po 20 kilometrze można było liczyć już tylko na towarzystwo innych biegaczy lub wolontariuszy na punktach. A trasa jednak bardzo monotonna.

Już na drugim kilometrze pojawiła się lekka kolka, przez co moje morale szybko delikatnie podupadło. Jednak nie przeszkadzało mi to w żaden sposób w utrzymaniu tempa. Z tym, że gdy przyszło mi łyknąć wody na pierwszym punkcie to ponownie ją odczuwałem. Kolka pojawiała się i znikała przez kolejne kilometry, a ja utrzymywałem zakładane tempo.
Pierwsze kilometry to tez walka z wiatrem. Tylko gdzie się schować jak nikogo obok właściwie nie miałem poza krótkimi momentami? Wiatr jednak nie był taki straszny. Odczuwalny, ale nie zatrzymujący.

Punkty nawadniania były rozstawione bardzo gęsto, chyba co 2-3 km. Zawsze była woda i na początkowych kilometrach też Red Bull, Cola i jakiś izotonik. Nie kombinowałem z Red Bullem i Colą. Wodę, lub izo, w zależności co było dostępne, starałem się w malutkich ilościach pić na każdym punkcie, bo mimo że rano padało i było bardzo komfortowo do godziny startu to jednak później z minuty na minutę upał był co raz większy. Słońce wychylało się zza chmur i smażyło każdą część ciała która była odkryta. Jednak też nie stanowiło to jakiegoś dużego problemu, przynajmniej nie na tym dystansie i nie przy intensywności którą utrzymywałem.

Jeśli chodzi o odżywianie to postanowiłem w całości bazować na żelach energetycznych Aptonii. Sprawdzone, odpowiednia konsystencja, smak, więc nie zamierzałem nic zmieniać. Przygotowałem ich 6 i planowałem jeść co ok 11-12 kilometrów, kilkadziesiąt metrów przed punktem z wodą. Zdążyłem zjeść trzy- na 12,25 i 35 kilometrze. Nie odczuwałem do tego czasu większego spadku energii.

Największym problemem jak się finalnie okazało był… ból ramienia, w zasadzie w okolicach obojczyka. Myślałem, że to tylko odrętwienie i po poluzowaniu będzie ok. Jednak mijały kolejne kilometry i problem nie ustawał, a po 30 kilometrze mocno się nasilał. W końcu na 35-36 kilometrze zatrzymałem się pierwszy raz by porozciągać, ogarnąć prawą rękę. Myślałem, że pomogło i ruszyłem dalej, a jednak… kilometr, może dwa i ponownie było źle. Powtórka rozciągania i dalsza próba biegu. Kolejne ok 2 kilometry i to samo… wiedziałem już, że nic nie ugram, ale jednak chciałem trochę jeszcze pobiec. W tym momencie jednak prawe ramię praktycznie odmówiło posłuszeństwa, bolało przy każdym ruchu w górę. Tak nie dało się biec, więc z ogromnym żalem do siebie, spokojnym spacerem ruszyłem dalej by nie stać w miejscu i powoli dać się wyprzedzić samochodowi/mecie.

Kiedy już mnie wyprzedził poczekałem kilka minut na autobus, który miał mnie odwieźć na miejsce startu. W środku czekała już spora grupa „wyprzedzonych”. Większość w wyraźnie lepszych nastrojach niż ja 🙂 Autobus pogrążony w rozmowach, śmiechach udał się na miejsce startu.

A tam czekało na nas jeszcze mnóstwo emocji. Wysiadam z autobusu i dowiaduję się, że Polacy wymiatają- Bartek, Dominika, a także Tomek Walerowicz na pierwszych miejscach i wykręcają niesamowite odległości. Załapałem się jeszcze na walkę Bartka i Giorgio i zastanawiałem się „ku…rde jak oni to robią???” Oczywiście w „strefie kibica” nie zabrakło Polaków, którzy podrywali się do wiwatów i oklasków na każdą informację o wynikach globalnych. To jest to- niczym na meczach piłkarskiej reprezentacji Polski podczas euro. Takich emocji chciałbym w każdym biegu ulicznym 😀

Udało mi się szybko w międzyczasie ogarnąć, tzn wziąć prysznic, ubrać w ciepłe ciuchy i wrócić do obserwowania zmagań na trasie. Jak się niedługo okazało zwycięzca w Bratysławy został złapany na 62 kilometrze- zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Błędy:

1. Przed biegiem czułem się świetnie. Cały tydzień bardzo mocno dbałem o dobry sen. Nie udało się tylko podczas podróży do Bratysławy- jechaliśmy z Michałem nocnym autobusem i niestety kompletnie nie było warunków na dobry sen. Całą noc się przewracałem, śpiąc może łącznie 3-4 godziny. Pierwszy błąd-wybór transportu.

2. Dzień przed biegiem zanim odebraliśmy pakiety i zameldowaliśmy się w pokoju to trochę potargaliśmy bagaże (plecak turystyczny i torba z laptopem w moim przypadku. zachciało się pisać pracę magisterską…). Niby nie było tego dużo, bo głównie między autobusami miejskimi, a jednak. Kilka razy poczułem niewygodę noszenia torby na ramieniu. Drugi błąd- przeciążenie ramienia dzień przed biegiem. To najprawdopodobniej to było powodem okropnego bólu ramienia, które jeszcze wiele godzin po biegu mi dokuczało.

3. Nie przećwiczenie picia. O ile jedzenie nie sprawiało problemu, to picie co jakiś czas przynosiło kolkę. Wydaje mi się, że po prostu piłem w nieodpowiedni sposób i połykałem również powietrze, a nie tylko wodę. Być może rozsądniej byłoby na punktach spokojnie łyknąć wody i stracić kilka sekund na rzez kilkudziesięciu nadrobionych na kolejnych kilometrach.

4. Brak wiary w swoje strategie. Na Ultra Śledziu zjadłem 3 żele i byłem pełny całą trasę. Nie potrzebowałem dużo pokarmu, wody również, tak uważałem kilka dni przed biegiem, ale ostatecznie uległem głosom, że w takich biegach kluczowe jest odżywianie i po prostu przesadziłem z tym. Zazwyczaj na biegach pije mało i jem też niewiele. Tutaj chciałem więcej, ale było tego aż za dużo.

4. Brak pokory- kilka fajnych wyników w ostatnich miesiącach nakręciło bardzo mocno moje oczekiwania i w końcu dostałem po dupie podchodzą zbyt pewnie do tego startu. Maraton, a tym bardziej ultra, nie wybacza i trzeba bardziej dbać o szczegóły. Nauczka. Bolesna, ale potrzebna. Największy błąd za który się płaci właśnie na długich dystansach.

 

Wnioski:

  1. Przygotowanie treningowe było odpowiednie. Organizm był gotowy na wynik ok 60 kilometrów, może nawet więcej, dlatego nie będę modyfikował swoich planów treningowych.
  2. Należy przeprowadzać na treningach więcej symulacji warunków zawodów, tzn- picie i jedzenie na danej prędkości.
  3. Przyłożyć się do diety, ponieważ to też mogło być powodem kolki zarówno teraz jak i na treningach
  4. Przywiązywać większą wagę do szczegółów, około startowych.
  5. Trzymać się swoich racji- skoro coś działało to nie należy tego modyfikować na zawodach.

 

Debiut w ulicznym, szybkim, w założeniu dla mnie jednak ultra mam za sobą. Do kolejnego podejdę inaczej i będę zapewne oczekiwał jeszcze więcej. Dlatego, że jeśli chcę się rozwijać to muszę dużo od siebie wymagać i oczekiwać. Za rok będzie rewanż z Wings for Life 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bieganie, Starty- relacje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *